O piwie

XXI – „DYSKRETNY UROK BURŻUAZJI”

Opublikowano: 28 kwietnia 2014

PRZYJĘCIA, RAUTY, BALE. UPRZEMYSŁOWIENIE I NOWE TECHNOLOGIE. O NACZYŃKACH DO PIWA I INNYCH ALKOHOLI WARTO WSPOMNIEĆ W KONTEKŚCIE „KLUBU PICKWICKA” CHARLESA DICKENSA

A  WILEGIATURA, CZY JĄ ZNAMY?

Rauty to już zgromadzenia większej ilości osób, zaproszeni goście w świecie burżuazji bawią się na salonach, pijąc drogie trunki, jedząc wykwintne potrawy – szelesty sukien, śmiechy, bon moty, dysputy polityczne, gwar rozmów na błahe albo  ważne tematy.  Ludzie zamożni bywają na salonach, przyjęciach bardziej kameralnych, ot  tak parę bliskich sobie osób. Świętuje się narodziny dziecka, opija się zaręczyny, pije się podczas zaślubin, konsolacji, ważnych świąt kościelnych, rocznic narodowych, regionalnych.  Towarzyszą  tym uroczystościom alkohole mniej lub bardziej markowe w zależności od pozycji społecznej.  Piwo w tym kontekście jest przyzwyczajeniem, wyborem lepszej opcji smakowej a nawet kolorystycznej, chętnie pijane przez kobiety i mężczyzn wszystkich stanów.

W świecie niemieckiej burżuazji, w rodzinie  Buddenbrooków urządza się luksusowe obiady i kolacje, nabożnie, po protestancku, obchodzi ceremonię świąt Bożego Narodzenia, ważne wydarzenia rodzinne mają swą elegancką oprawę, piwo jest znane tej zacnej rodzinie, przecież niemieckie landy obfitują w ten bursztynowy napitek. Czasami wyjeżdżają na wakacje, poza rodzinne  miasto do domów letnich, własnych bądź wynajętych. Podobnie jest w całej Europie. W rządzonej przez carów Rosji dochodzą do tego eskapady „na daczę” – na dzień lub na dłuższy czas. Bogata arystokracja francuska i rentierzy, którzy nie muszą siedzieć w dużych ośrodkach miejskich wyjeżdżają na lato do swych posiadłości wiejskich. Cały rok podzielony był na dwa sezony: sezon światowy czyli zimę  i wiosnę, oraz lato i część jesieni czyli WILEGIATURĘ. Burżuazyjny szyk i elegancja mają swe pierwowzory w życiu arystokracji, mieszkanie letnie pod  Paryżem jest modą, nakazem ale i przyjemnością przynajmniej dla żony, dzieci i służby, ojciec rodziny jeśli ma zajęcia w mieście musi regularnie dojeżdżać do miasta. Po powrocie korzysta ze świeżego wiejskiego powietrza, kuchni, schłodzonego piwa i wina. Przykładem może być burżuazyjna społeczność w Rouen, która posiada wiejskie domy, dokąd zaprasza się latem krewnych i przyjaciół , by wesoło i swobodnie biesiadować, jeść i pić, czasami ponad miarę. Podobnie w rodzinach angielskich, o których pisze zarówno  Charles    Dickens jak i  William Makepeace Thackeray (1811-1863).  Ten ostatni zasłynął szczególną pozycją w literaturze – napisał księgę snobów, sam siebie nazywając snobem. Zajrzyjmy więc tam, do powieści ironizującej na temat wielu przyzwyczajeń Anglików, w tym przywiązania do   rytuału picia herbaty lub piwa.

 

WILLIAM M. THACKERAY I JEGO „KSIĘGA SNOBÓW”

Książka, którą posiadam od dziecka, wydana była w latach pięćdziesiątych ze wstępem (tytuł „Zamiast przedmowy”) samego Stefana Żeromskiego. Opisuje między innymi snobów wojskowych, duchownych, uniwersyteckich, literackich, wiejskich , także snobów w relacji małżeńskiej czy  klubowej. W scenie odwiedzin dobrze urodzonego Goldmore`a (przewodniczącego towarzystwa ubezpieczeń „Precz z żółcią”) u ubogiego prawnika Graya, do obiadu podane jest piwo. Przynosi je na tacy w cynowym dzbanie żona gospodarza Fanny, a mała córeczka Polcia nalewa owo piwo, z tegoż dzbanka do szklanki gościa – budząc jego przerażenie, gdyż wątpi on w drobne rączki dziecka trzymające ogromny dzban.

Smaczny obiad zjedzony w skromnych warunkach, skłonił gościa, dygnitarza Godmore`a, do pomocy zubożałemu prawnikowi – zleca mu on prace dla wspomnianego towarzystwa. Ze snoba stał się filantropem. I chwała mu za to! A piwko tylko rozluźniło atmosferę wspólnego biesiadowania i poprawiło humory i nastrój tak gościa jak gospodarza.

 

I CIĄGLE NIEZASTĄPIONY CHARLES  DICKENS

Należy do moich najbardziej ulubionych jeszcze z dzieciństwa pisarzy. Powieść o zacnym  panu Pickwicku i jego przyjaciołach (panach: Tupmanie, Winkle i Snodgrassie)  znam na pamięć – „widzę” serwowany poncz i zimne piwo w kamiennych dzbanach, tak charakterystyczne dla klimatu tej opowieści, aczkolwiek i wódka z gorącą wodą, lub dobrze ogrzane porto bywa serwowane w rozmaitych okolicznościach, nawet w więzieniu za długi. Zabawny jest moment kosztowania  przez pana Pickwicka ponczu i sprawdzanie czy w tym trunku, nie ma pomarańczowych skórek , bo od nich robi mu się niedobrze. Oczywiście sprawdzanie polega na dokładnym opróżnianiu skórzanej butelki napełnionej ponczem. Piwo towarzyszy jego  słudze Samuelowi  Wellerowi , dla którego kufel zimnego, spienionego piwa i gazeta, stanowią formę relaksu, odprężenia i spokoju. Gdy na wycieczce w plenerze panowie, dżentelmeni, piją poncz, to służba (a wraz z nią, Sam Weller) rozkoszuje się  piwem i to  zimnym, bo  pod drzewem gdzie  przystanęli jest co prawda chłód, ale wokół jest gorąco i parno.

Wódka i piwo w dziewiętnastowiecznej Anglii bywały nagrodą, elementem zapłaty, pocieszeniem towarzyskim, zaprzysięgłym towarzyszem codzienności. Alkoholicy – a sam ich wygląd przypominał o  nałogu, bo mieli czerwone twarze, czerwone nosy i zionęli oparami alkoholu,  wyglądając tak jak dickensowski odźwierny trybunału , czyli jak „wiśnia stoczona przez robactwo i wrzucona do wódki”. Ludzie ci tacy czerstwi  z pozoru, niby zdrowi, porównać dają się do dobrze wyglądającego a jednak nadgryzionego przez  korniki drzewo –  stanowili problem społeczny w angielskim świecie tak burżuazji i arystokracji, jak i sfer biedy i nędzy. Był to w przypadku biedoty zamknięty krąg losu, bo brak dochodów, złe odżywianie wzmacniało chęć mocniejszych napitków, by „zapić” to ubóstwo, kupno zaś trunków doprowadzało do jeszcze większej biedy i pozbywania się z domu potrzebnych rzeczy a nawet sprzętów.

Przykładem folgowania sobie w  nadmiernym piciu, są dwaj studenci medycyny Bob Sawyer i Ben Allen, którzy wykorzystują nawet leczniczy spirytus i naczyńka laboratoryjne by raczyć się spirytualiami i upijać do nieprzytomności, przed całkowitą zatratą a nawet marnym końcem chroni ich wyjazd na kontrakty do kolonii angielskich. Sądzę, że problem pijaństwa wśród młodych ludzi w dziewiętnastowiecznej Anglii nie był błahy, i nie przypadkiem autor przywołuje do literackiego bytu postaci młodych chirurgów, którzy wykazują dużą znajomość trunków i korzystają z niej ( z tej wiedzy) obficie.  Interesujące są rodzaje naczyń, które używa się przy piciu piwa lub gorzałki, więc warto przyjrzeć się im bliżej.

 

BUTELKI, FLASZE I FLASZKI, SZKLANKI, DZBANY, KIELICHY, MISY, KUFLE, KADZIE –  CZYLI W CZYM PIJANO TRUNKI A ZWŁASZCZA PIWO W XIX –WIECZNEJ  ANGLII.

Na początek warto wskazać na  butelkę zawierającą cenne napitki  – o butelce mówiono: „..butelka drzemie, zmuśmy ją do krążenia jak słońce.” W butelkach znajdował się alkohol, używano ich w okolicznościach raczej relaksowych, zabawowych, uroczystościach rodzinnych i świątecznych. Butelki stawiano na stole wraz z deserem, po uprzątnięciu głównych dań, z butelek nalewano trunek do szklanek, byli amatorzy popijania z samej  butelki. „Butelka”, „butelczyna”, „buteleczka” nazwy pieszczotliwe dla przedmiotu zawierającego wszelkie możliwe trunki. W obiegu towarzyskim pana Pickwicka znajdowała się skórzana butelka z ponczem, w scenie prezentującej grabarza Grubba widzimy flaszkę, oplataną butelkę z wódką pochodzącą z przemytu. Mówimy także flasza, flaszka wyrazy być może lepiej brzmiące od butelki a kojarzące się pozytywnie z  zawartością.(choć nie musi to być trunek, może to być woda, mleko, soki). Szklanki w sposób oczywisty stawia się obok nakrycia gościa na przyjęciach domowych, ze szklanek pija się w gospodach, przysłowiowa szklanka wódki czy piwa pomaga na przykład w pisaniu listów w okresie walentynkowym do ukochanej osoby, szklanka wódki bywa częścią zapłaty za pracę praczki itd. Powiedzielibyśmy słowami Stanisława Witkiewicza „hop szklankę piwa!” i zabawa trwa.

Dzbany kamienne ze schłodzonym piwem kojarzą się właśnie z napitkiem serwowanym w upalne dni – takie piwo wspaniale gasi pragnienie, o czym wiedziała Anglia wiktoriańska. Piwo niefrasobliwie towarzyszy bohaterom pierwszo i drugoplanowym powieści Dickensa, odzwierciedlając rzeczywiste zapotrzebowanie na ten trunek, w XIX stuleciu.  Piwo zmieszane z winem w wielkiej bowli, wielkości miednicy, wystawione jest dla gości ziemianina pana Wardl`a w okresie bożonarodzeniowym; jeden z bohaterów powieści pan Jingle zachwala przyjęcie używając sformułowanie –„kadzie piwa –góry wołowiny” , co oczywiście oznacza wielkie ilości piwa i mięsa.

Najpopularniejszym naczyniem, z którego popija się piwo jest jednak poczciwy kufel, symbolizujący piwo niejako z tradycji i obyczaju biesiadnego. Kufle są ozdabiane napisami, rysunkami, bywają piękne, fajansowe, porcelanowe, drewniane, metalowe, a wszystkie służą eksponowaniu piwa i gestom przyjaźni w trakcie libacji czy zwykłych przyjęć. Burżuazja budując swój wizerunek społeczny w części naśladuje arystokrację, dokładając własne elementy wynikające z wpływów rzeczywistości kapitalistycznej. Są to stroje, wyposażenie wnętrz, które jest bardziej nowoczesne. Naczynia nazywają się podobnie, ale przy masowej produkcji nawet na zamówienie, są tańsze, powszechniejsze, wymienialne. Dyskretny urok burżuazji roztacza swój społeczny czar na nowobogackich i upadłą arystokrację – dawne trunki  pozostają, choć różnicuje się ich gama. Ale generalnie piwo, wino i gorzałka z likierami są bohaterami wielu bali, przyjęć i rautów.  Burżuazja inwestuje, tezauryzuje i tworzy nowy świat kapitalistycznych elit. Pozostańmy w kręgu tej kultury, a więc do następnego majowego felietonu.

 

LITERATURA:

  1. Jan Stanisław Bystroń, Dzieje obyczajów w danej Polsce. Wiek XVI – XVIII. Wstępem poprzedził Janusz Tazbir, t. I  i  II. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1994.
  2. Karol Dickens, Klub Pickwicka. Przełożył Włodzimierz Górski. Uzupełnili Zofia i Wiktor Popławscy . t.1 i 2 .Wydawnictwo Muza, Warszawa 1995
  3. Dzieje Poznania do roku 1793. Pod red. Jerzego  Topolskiego, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, t. 1 Warszawa-Poznań 1988
  4. Historia życia prywatnego, tom 4. Od rewolucji francuskiej do I wojny światowej, p. red. Michelle Perrot, Zakład  Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław – Warszawa – Kraków 2006
  5. Zbigniew Kuchowicz, Obyczaje staropolskie XVII-XVIII wieku, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1975
  6. William M. Thackeray,  Księga snobów napisana przez jednego z nich. Państwowy Instytut Wydawniczy, Kraków 1950.

 

Autor: Maria Falińska

image_pdfimage_print

O piwie

XX – JESZCZE REFLEKSJI PARĘ O PIWIE W XVIII STULECIU – CECHY W MIASTACH, MANUFAKTURY MIESZCZAŃSKIE . SZLACHECKIE PRZYZWYCZAJENIA PIWNE. ZABAWY KARNAWAŁOWE Z PIWEM I GORZAŁKĄ

Opublikowano: 24 kwietnia 2014

POZNAŃSKIE PIWO I POZNAŃSCY PIWOWARZY.

Zacznijmy jednak od sprzedaży detalicznej wódki , która w I połowie XVIII wieku w Poznaniu była regulowana decyzjami gospodarczymi dotyczącymi produkcji własnej jak i wódki  przywożonej z zewnątrz. W 1733r. wódkę szynkowano w 41 punktach sprzedaży na terenie miasta i zajmowało się tym 17 kupców, 21 PIWOWARÓW i 13 rzemieślników (głównie krawcy i szewcy). W dalszych latach tegoż stulecia rzemieślnicy innych gałęzi wytwórczości podjęli wysiłki by zarabiać na produkcji i sprzedaży piwa i handlowaniu. Upływające lata będą jednak świadkami załamywania się feudalnych porządków społeczno-gospodarczych, narastających konfliktów wewnątrz  cechów , trudności w usamodzielnianiu się czeladników (pojęcie „wiecznych czeladników” i zła  kondycja materialna tychże!).

Koniec stulecia przyniesie rozwój manufaktur, które w Poznaniu należały głównie do mieszczan, podczas, gdy w innych częściach kraju do króla i  magnatów . Manufaktury poznańskie skoncentrowane na obróbce surowców i towarach powszechnego użytku były bardziej praktyczne i zespolone z rynkiem niż wspomniane królewskie czy magnackie wytwarzające luksusowe towary. Nadchodził czas kapitalizmu, powszechnej produkcji wielu artykułów spożywczych i napitków (piwa i gorzałki), przedmiotów codziennego i niecodziennego użytku.

 

POSIŁKI I TRUNKI MIESZCZAN W XVIII WIEKU

W pierwszej połowie XVIII wieku regionalny przemysł spożywczy zaspokajał potrzeby mieszkańców Poznania w zakresie trunków – piwo sprowadzano z Grodziska a wódkę ze Skoków, Wągrowca, Lwówka, Chodzieży i Łasku. Wśród trunków sprowadzanych na lokalny rynek znajdowały się także wina: węgierskie, francuskie i ruska wódka. Jeśli idzie o pożywienie to było ono zróżnicowane, w zależności od zamożności mieszkańców. Mieszczanie o skromniejszych dochodach jadali na naczyniach miedzianych, cynowych i głównie glinianych. Posiłki bywały trzy: śniadanie, w południe obiad oraz kolacja pomiędzy szóstą a siódmą, oczywiście wieczorem. Niektórzy przygotowywali drugie śniadanie i podwieczorek,  i wówczas jadano razowy chleb z twarogiem lub serem oraz  wypijano KWARTĘ PIWA (kwarta to około 1 litra). Uboga kuchnia obejmowała chleb, mąkę, kasze, groch, śledzie, sery, masło solone, tańsze gatunki mięsa oraz PIWO. W praktyce z tych produktów spożywano bigos, pierogi, różne zupy i  przegryzano dużymi porcjami chleba popijając piwem, którego spożycie jak wspomniałam wynosiło około 2,5 litra na mieszkańca. W święta urozmaicono jadłospis o drób, biały chleb i mięsne potrawy, popijano wino uważane za towar luksusowy. Na co dzień bowiem  pito piwo i rozmaite gatunki wódki, zamożniejsi gromadzili alkohol w domu by wyjmować go przy różnych okazjach rodzinnych. W czasie postu na stołach mieszczan pojawiały się ryby. Warto zaznaczyć, że w tym stuleciu mało jeszcze dbano o higienę , mięso sprzedawano w brudnych jatkach, a piwo niekiedy warzono ze stęchłego zboża. Wywoływało to epidemie bo i woda bywała często nieświeża.  Menu ludzi zamożnych i szlachty było bogatsze w białka, węglowodany, jadali lepsze gatunki mięs i ryb, pijali lepsze jakościowo trunki: piwo, wino i gorzałkę.

 

PIWOWARZY LUDŹMI ZAMOŻNYMI (  WEDLE INWENTARZY MIESZCZAŃSKICH   XVIII WIEKU)

Pozostając nadal w XVIII-wiecznym Poznaniu  widzimy tam cztery grupy majątkowe, z których pierwsza objęła ludzi o dochodzie powyżej 30 tysięcy złotych. Byli to najbogatsi kupcy i bogaci PIWOWARZY , przy czym ci ostatni trudnili się także handlem. Drugą grupę tworzyli ludzie o majątku wartym od 10 do 30 tysięcy  złotych.  Byli to kupcy, PIWOWARZY, zamożni rzemieślnicy i szlachta pełniąca obowiązki ławników i rajców. Trzecią i czwartą grupę tworzyli rzemieślnicy i drobni kupcy i ich majątek szacowano od 2 do 10 tysięcy złotych i do 2 tysięcy złotych. Poza tymi grupami byli jeszcze ludzie ubodzy nie posiadający zbyt wielu dóbr materialnych , bądź wcale, gromady bezdomnych,  żebraków, bezrobotnych. Im piwo smakowało nawet najlichsze, bo nie mieli pieniędzy a tym samym możliwości  wyboru. Więc było im wszystko jedno, niekiedy    pochłanianie dużych ilości piwa przynosiło im ulgę i zapomnienie.

 

TENDENCJE ROZWOJOWE W GOSPODARCE RZECZYPOSPOLITEJ SZLACHECKIEJ  XVIII W.  (MODELE GOSPODARCZE FOLWARKU PAŃSZCZYŹNIANEGO).

W tym stuleciu, a zwłaszcza w drugiej jego połowie następuje zrównoważenie wpływów rynków zewnętrznego i wewnętrznego na rolnictwo, część popytu na rynkach wewnętrznych zgłaszana była przez dwór szlachecki propagujący produkcję alkoholu (piwa i wódki) w oparciu o zboże. W związku z tym ceny piwa i wódki wzrastały w o wiele większym stopniu niż ceny zbóż. Przykładem może być Gdańsk, gdzie cena za pół beczki piwa (1 tona) w pierwszym 25-leciu XVIII stulecia wyniosła 8,6 zł, a w ostatnim 13,7 zł, zaś cena jednego „oma” (nieco więcej niż pół beczki) wódki żytniej wzrosła średnio z 25,6 zł w 1-szym ćwierćwieczu do mniej więcej 63 zł w ostatnim ćwierćwieczu. W związku z tym, szlachta rozszerzała procesy  propinacji we własnych majątkach. W świetle źródeł propinacja w dobrach szlacheckich przynosiła właścicielom przeszło 30% dochodów pieniężnych (nie dawała podobnych korzyści gospodarce krajowej i gospodarstwom chłopskim). W Polsce nadal dominował folwark pańszczyźniany i styl życia powiązany niemal organicznie z jego  produkcją, folwarki nakierowane na zbyt krajowy mieściły się w modelu folwarku wewnętrznego, te wysyłające zboże na zachód tworzyły  model zewnętrzny, ekspansjonistyczny. W obydwu typach warzenie piwa i jego spożywanie mieściło się w dobrze pojętym interesie szlachty, który wykraczał poza przyjemność, obowiązek, przyzwyczajenie – krąg chętnych obok magnaterii i szlachty obejmował przyzwyczajenia mieszczan, w  dalszej kolejności chłopów. Podstawowy napitek – piwo, związany był z rolniczymi powinnościami i w znacznej mierze oznaczał przywiązanie do tradycji  rodowo-szlacheckiej, bowiem wiek XVIII powielał i utwierdzał piwoszy w używaniu napitku na co dzień i od święta, tak jak to czynili przodkowie.  Czasami pomagał w tym myśleniu czas karnawału, wesołych konceptów, strumieni piwa i gorzałki, czasami instytucja   kuligu,   o którym nieco obszerniej wzmiankować warto, bo w zabawie zacieśniały się relacje międzyludzkie, sąsiedzkie, towarzyskie.

 

KULIG SZLACHECKI, KULIG MAGNACKI  (CHOĆ WŚRÓD UCZESTNIKÓW NIE BRAKOWAŁO I POSPÓLSTWA – MUZYKANTÓW, ŚPIEWAKÓW, CZELADZI) OJ POLEJĄ SIĘ STRUMIENIE PIWKA I WÓDECZKI! OJ USŁYSZYMY PIEŚNI I OPOWIEŚCI SZLACHECKIEGO BARDA.

Myślę, że i dzisiaj zachwycilibyśmy się jazdą saniami, wraz z rodziną, przyjaciółmi (dawniej także z czeladzią, bo ktoś musiał usługiwać), tym bardziej, że u kresu tej eskapady znajdował się dom najbliższego sąsiada, gdzie szlachcic znajdował obfity stół i piwniczkę zasobną w trunki z piwem i gorzałką na pierwszym miejscu. Po wypiciu i wyjedzeniu zapasów, kulig ruszał dalej po nowe przysmaki do kolejnego sąsiada. Niezwykle wystawne bywały magnackie kuligi z muzykantami, ogromną ilością alkoholi i pokarmów, okraszane balami, iluminacjami, zabawami. Niekiedy kulig kończył się bijatyką, co w okresie saskim nie było rzadkością – piwo i gorzałka wypijane w wielkich ilościach burzyły krew, że „aż się ze łbów szlacheckich kurzyło!” Najsławniejsze kuligi brawurowe bywały w województwie rawskim, gdy spokojny, łagodnego usposobienia  nieznajomy znalazł się w takim krewkim towarzystwie nieraz niestety oberwał, czyli jak mówiono  „zbito go na kwaśne jabłko”, bo nie przystawał do tak zacnej i krewkiej kompanii szlachciców. Gdy był to okres zimowej aury, pięknie wyglądały zaprzęgi sani, konie, ludzie ciepło ubrani w szuby i okryci futrami, pochodnie rozpraszające ciemności, okrzyki, śpiewy, śmiechy kobiet – zaczynał się czas zabawy – TEMPORE BACHANALIORUM !

 

COMBER KRAKOWSKI. COMBER !!!

Bywały także inne zabawy związane z zapustami w okresie staropolskim, myślę tutaj o słynnym krakowskim combrze organizowanym w tłusty czwartek przez przekupki tego sławnego grodu. Te sprytne kobiety tańczyły na krakowskim rynku potrząsając gałęziami z choiny, w której tkwiły skorupki jaj. Zaczepiały  nieznanych mężczyzn i wciągały do tańca. Kto nie chciał tańczyć musiał się wykupić, a biedni jak podaje Jędrzej Kitowicz: „Chudeuszowie i hołyszowie dla jadła i łyku sami się narażali na złapanie.” Szukały zwłaszcza mężczyzn, którzy nie zdążyli wejść w związki małżeńskie, tych wciągały w szalony wir tańca i poiły piwem, delikwent „tańcować” musiał całą nockę. Trafił się elegant w cienkich pończochach i bucikach jadący w karecie – ten dopiero wił się, pocił, uciekał, wreszcie sakiewka pomagała w powrocie do pojazdu i ucieczce.

 

A W GDAŃSKU SŁAWETNYM…

Cechy rzemieślnicze i gildie kupieckie organizowały w Gdańsku  zapusty wykorzystując pomysły karnawałowych przebierańców: stroje  Murzynów (cech kuśnierzy), topory rzeźników, sceny z życia różnych cechów, wśród których szczególną atrakcyjnością cieszyły się pochody snycerzy i kowali. Kolorowe pochody ciągnęły przez całe miasto rozigrane i weselące się czasem obfitości, zabawy i trunków. Duże polskie miasta, te zamożne jak Poznań, Kraków, Gdańsk organizowały bale karnawałowe i wielkie przyjęcia z alkoholem – piwem, gorzałką i gatunkami różnymi wina. W Gdańsku Dwór Artusa był miejscem zabaw, domy cechowe i prywatne domy patrycjuszy cieszyły się popularnością jako domy, w których urządzano przyjęcia i bale. Karnawał w wydaniu bogatego Gdańska cieszył się świetną opinią tak w XVII jak i XVIII stuleciu – dowodem tej wziętości była obecność królów na tych biesiadach. Konkurentem gdańskich bachicznych występów był karnawał w Warszawie pod koniec XVIII wieku, w której bale wydawali magnaci i patrycjusze, a więc wykwintne kolacje, maski, trunki jako  niewątpliwe  atuty  dobrej zabawy. Plebs miasta także dla swego grona urządzał przyjęcia – byli to czeladnicy, którzy zapraszali do tańców córki mistrzów cechowych. I dalej w tany!

Oj zasiedzieliśmy się w tym okresie zapustów i ostatków, powoli zatrzymujemy się, by w felietonie majowym „pożeglować” dalej od znikającego na horyzoncie dziejów wieku oświeconych do stulecia, które uwierzyło w swą doskonałość – stulecia XIX.

image_pdfimage_print

O piwie

Wielkanocny felieton – CZYLI STAROPOLSKA WIELKANOC I UCIECHA PIWNA ZWIĄZANA Z CELEBROWANIEM ŚWIĄT WIELKIEJ NOCY

Opublikowano: 18 kwietnia 2014

STAROPOLSKA WIELKANOC, CHOĆ NIE TYLKO!

Wielkanoc, Wielkanoc, chciałoby się rzec Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha (wedle wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego), święto ruchome obchodzone najwcześniej 22 marca a najpóźniej 25 kwietnia, w tym roku 20 i 21 kwietnia. Ta „ruchomość” przekłada się na daty innych ważnych dni – na przykład Środy Popielcowej, niedzieli Palmowej itp. Tradycyjnie to wielkie święto chrześcijańskie uświetniają obyczaje związane z obfitym stołem: jadło i napoje, wina i piwa różnych gatunków.  Święcenie palm, łykanie bazi wierzbowych dla przyszłego zdrowia i malowanie jajek a potem koszyki wypełnione jedzeniem zanoszone do kościołów to reminiscencje kultury ludowej, ale mieszczące się w spektakularnym pojmowaniu radości Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego.   Najlepszą ilustracją zasobnych wielkanocnych stołów był szlif staropolskich potraw z pętami kiełbasy i wędzonymi szynkami na czele. Zamożni mieszczanie podawali na stół prosięta, wędzone szynki, pasztety, babki, makowce, placki z miodem, słodycze. Szlachta i magnaci jeszcze obficiej w zależności od pozycji społecznej, tak, że stoły uginały się pod ciężarem półmisków i talerzy. Do tego wypijano wielkie ilości wina, piwa i gorzałki. Do słodyczy smakowano likiery i nalewki. Pochłanianie wielkich ilości pożywienia i hektolitrów napitków postrzegano, jako tradycyjnie pobożny obowiązek, zapewniający pomyślność na cały rok. Przed ucztą wielkanocną dzielono się poświęconym jajkiem, które to jaja wcześniej farbowano i ozdabiano wedle woli i gustu (pisanki, kraszanki).  Kuchowicz pisze: „ Zwyczaj wymagałby święta traktować, jako jedno pasmo obżarstwa i opilstwa. Największe obżarstwo i opilstwo panowało po dworach dobrze sytuowanej szlachty.” Piwo lało się szeroką strugą obok innych alkoholowych napitków, bo mieściło się to w szlacheckim odczuciu pobożności to znaczy fetowania zwycięstwa Chrystusa nad śmiercią i Szatanem.

Zwyczaj poniedziałkowego dyngusa bywał i jest popularny – polewanie, podtopienia, zimna woda były ciągiem nieustannych uciech celebrujących ten obyczaj, choć niekiedy kończyły się chorobą osób polewanych. Świętowanie wielkanocne zaczynało się w Niedzielę Kwietnią to znaczy Palmową.  Poza wspomnianym łykaniem kotków palmowych (bagniątek wedle Mikołaja Reja) obyczaj nakazywał „doprowadzanie dębowego Chrystusa do miasta”, czyli figury drewnianej Jezusa jadącego na osiołku a umieszczonej na wózku z kółkami. Uderzano się także gałązkami wierzbowymi na znak palm, którymi witano Chrystusa wjeżdżającego do Jerozolimy. (tak naprawdę były to pogańskie wspominki tego, że uderzanie witkami było przekazywaniem sił witalnych „idących” od młodych i silnych gałązek do człowieka.) Rytuały sięgania po trunki odnawiały się w okresie świątecznym po długim poście – Zmartwychwstanie było preludium do „wysuszania” kielichów i kufli, radosnego poczucia odnowy wiosennej, powrotu zielonej przyrody i mistycznego wymiaru Wielkiej Nocy.

Wspomnieć warto o niektórych jeszcze obyczajach na przykład o topieniu lub zrzucaniu z wieży kościelnej kukły Judasza w Wielką Środę przez młodzież w miastach i wsiach. Niestety ta gorliwość w okładaniu kukły Judasza kijami, czasami była skierowana przeciwko Żydom, którzy przypadkiem pojawiali się w okolicy.  W Wielki Czwartek niektórzy magnaci i szlachta oraz biskupi myli nogi dwunastu starcom, w Wielki Piątek i Sobotę odwiedzano „ groby Chrystusowe” (przy grobach organizowano warty wojskowe, w których uczestniczyli prawdziwi żołnierze bądź przebrani za żołnierzy). Zaznaczyć trzeba, że od Wielkiego Czwartku stosowano instrumenty drewniane wydające głuchy stukot, bo dzwony milczały. Tak było do rezurekcji. Dodajmy jeszcze to, że żegnano się z postnym jadłem, organizując np. pogrzeb żuru w Wielki Piątek lub Sobotę, umieszczano postne śledzie na drzewach itd. A pewnie i gardła bywały ‘’wysuszone” czekając na ożywcze piwko lub wina. Tymczasem w sobotni wieczór albo niedzielny ranek zaczynała się rezurekcja, czyli początek świątecznych uczt i radosnego delektowania się potrawami i napitkami i wesołymi rozmowami. W czasie rezurekcji miejscowi notable prowadzili księdza pod baldachimem pośród tłumów, z muzyką, zapalonymi świecami. Było głośno, radośnie, przesadnie, jeśli chodzi o wchłanianie potraw i wlewanie do gardeł piwa, wina i gorzałki – staropolscy poeci i pisarze krytykowali i wyśmiewali ten pęd do obżarstwa i opilstwa. Wacław Potocki w „Ogrodzie fraszek” (cytat za J.S.Bystroniem) pisze: „(…) rzną w kuchni prosięta./ Wół wisi, wieprze kolą, zwierzyny i szynki/Żeby na stole były, w kołaczach rodzynki./Bo się nam przez siedem niedziel naprzykrzył post długi.” A w innym miejscu: „(..)Chce wraz powetować, co tak długo pościł. / Żre drugi, potem pije, tka jak do woru; / Ten chory, ów pijany, zapomni nieszporu.”

O Wielkanocy pisali w pamiętnikach szlacheccy i mieszczańscy autorzy w różnych okresach historycznych, nie zawsze ostro krytykując pochłanianie wielkich ilości jadła i alkoholu (zresztą piwo było najczęściej udomowionym napitkiem). Wspominali czasy dzieciństwa i młodości a wraz z nimi przyjazną domową aurę, kontakty z rodzicami i dziadkami, oraz dalszą rodziną i służbą. A także bardziej lub mniej obfite stoły (np. kiełbasy z gorczycą, jaja, chrzan, szynki itp.) z trunkami sprzyjającymi trawieniu tych wielkich porcji. Piwo, ten najstarszy napitek ludzkości królował czarując jasnymi lub ciemnymi barwami płynu i białą pianką niejako ozdobą wielkich kufli i kufelków.  Wielkanocne święcenie jajek popularne było nie tylko w staropolszczyźnie, ale i w następnych epokach, a także w innych rejonach Europy na przykład we Francji, tak w przeszłości jak i w czasach współczesnych – jajka chowano w trawie, w ogrodzie lub w domu. Obyczaj dawania prezentów wielkanocnych trwał aż do okresu Wielkiej Wojny (1914-1918), przy czym owe prezenty przybierały formę pojemniczków w kształcie jajek, perfumowanych bukiecików, ukwieconych jajek itd.

Zaczynał się czas wiosenny, ciepła w przyrodzie i nadziei na lepszy rok. Ludzie ubierają się wiosennie, „lekko”, nadzieja przyświeca wszystkim, którzy podążają ku wiosenno-letniej przyrodzie. Cykl przyrodniczy powtarza się i w tym tkwi nadzieja na stabilizację, powrót do ulubionych potraw, sytuacji, krajobrazów – a więc z dzbanem piwa idźmy dalej, głosząc w sercach chwałę Wielkiej Nocy!.

 

WYBRANA LITERATURA:

  1. Jan Stanisław Bystroń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce. Wiek XVI-XVIII, t.II. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1994.
  2. Maria Falińska, Przeszłość, a teraźniejszość. Studium z dziejów świadomości historycznej społeczeństwa staropolskiego, COM SNP, Warszawa 1986.
  3. Historia życia prywatnego, Tom 4. Od rewolucji francuskiej do I wojny światowej, p. red. Michelle Perrot.  Wrocław-Warszawa –Kraków. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2006.
  4. Zbigniew Kuchowicz, Obyczaje staropolskie. XVII – XVIII wieku, Wydawnictwo Łódzkie 1975.
image_pdfimage_print

image_print